Krakowskie fortyfikacje
Twierdza Kraków
 
 
Menu
   HOME
   FORTY
   CIEKAWE ARTYKUŁY
   HISTORIA FORTÓW
   GALERIA
   MAPA SERWISU
   KONTAKT
   O STRONIE
   LINKI


 

autor: Andrzej Zaręba - Gazeta Wyborcza 14 VIII 1998 r.

Architektura forteczna wyróżnia się niezwykłym, monumentalnym pięknem. Poza tym jest harmonijnie wkomponowana w krajobraz. Najczęściej w opisach pomija się detale będące charakterystycznym językiem architektury. Bez nich obiekty są martwe.

Pojedynek potworów

9 marca 1862 roku w Ameryce Północnej doszło do zdarzenia, które zwiastowało zmianę w sposobie prowadzenia wojen na lądzie i morzu. Na rozlewisku Hampton Roads, gdzie rzeka James wpada do zatoki Chesapeak, o g. 6.30 nad ranem rozpoczęły ze sobą walkę dwa całkowicie opancerzone okręty. Pierwszy z nich, CSS "Virginia", był naprędce przystosowanym do walki parowcem, który po zdobyciu go przez konfederatów został obłożony metalowymi sztabami. Ten listwowy pancerz miał chronić okręt przed ogniem wrogich jednostek. Poza tym "Virginia" niczym szczególnym się nie wyróżniała. Wyobraźnią jej projektanci tkwili w dawnych czasach. Artylerię ustawiono jak w XVI-wiecznym galeonie "Wielki Harry" - po obu burtach, dbając, by okręt odpowiednio ustabilizować, żeby przypadkiem nie fiknął i nie utonął niczym o 200 lat starszy "Vasa" na Bałtyku.
Jej federalny przeciwnik, dziecko szwedzkiego wynalazcy Ericssona, był znacznie ciekawszy. Nazwany "Monitorem", dał początek nowej klasie okrętów określanych od jego imienia monitorami. Takie okręty były z powodzeniem używane jeszcze w pierwszej wojnie światowej.
"Monitor" był w porównaniu z "Virginią" maleństwem. Miał tak niskie burty, że z trudem utrzymywał się na powierzchni morza przy nawet niewielkiej fali. W dodatku posiadał jedynie dwa działa 280 mm. Ponieważ jeszcze niewiele wcześniej, w wojnie krymskiej 1853 roku, liniowce żaglowe nosiły na pokładach kilkadziesiąt dział, wydawało się, że okręcik nie da sobie rady. Ale zarozumiały Ericsson miał rzeczywiście przebłysk geniuszu. Dwie armaty wsadził do obrotowej wieży.
Genialne wynalazki są tak proste, że nikomu nie przychodzi do głowy, iż zostały wymyślone przez człowieka. A jednak to wystarczył, żeby wyposażony w wieżę okręt nawiązał równorzędną walkę z potężną "Virginią". Podobno pojawienie się maleńkiego przeciwnika wywołało u konfederatów szok. Trudny do trafienia federalny pancernik omal nie zniszczył konfederackiego przeciwnika. Przypadkowe trafienie w pomost dowodzenia zraniło dowódcę "Monitora" kpt. Johna L. Wordena i to uratowało "Virginię" przed klęską.

Bitwa była nie rozstrzygnięta, oba okręty odpłynęły do baz. Wojna secesyjna toczyła się jeszcze przez trzy lata. Obydwa okręty nie doczekały jej końca i - można powiedzieć - że epizod z Hampton Roads miał niewielki wpływ na przebieg działań wojennych. Wojskowi jednak otrzymali urządzenie, które używane jest do dzisiaj przez wszystkie armie - pancerną wieżę artyleryjską.

W sukurs obrońcom

To urządzenie pojawiło się w samą porę. Szczególnie przydatne było w twierdzach. Niedawno jeszcze uważane za nie zdobyte, słabły z roku na rok w miarę pojawiania się wynalazków technicznych. Rozpoczął się złoty wiek artylerii, która niepodzielnie panowała na polach bitew.
Skonstruowano zamek, dzięki czemu armaty można było nabijać od wlotu lufy. Zwiększyła się przez to szybkostrzelnośc. Lufy gwintowano, przez co zwiększył się zasięg i precyzja ostrzału. W wojnie francusko-pruskiej z 1870 roku nowoczesne armaty Kruppa przewyższały francuskie pod każdym względem. Miały dwukrotnie większy zasięg, ich pociski rozrzucały niewiele ponad dwa-trzy metry od celu. Francja poniosła straszliwą klęskę.
Niebawem pojawiły się działa o zasięgu przekraczającym 10 kilometrów. Korekty ognia dokonywano z balonów, z ziemi bowiem efekty ostrzału były niewidoczne. Potem wynaleziono proch bezdymny o wielkiej mocy. Pojawiły się eksplodujące pociski minowe, zdolne wyrwać z ziemi betonowo-ceglane forty. Konstruktorzy twierdz rzucili do walki stalowy pancerz. W "armatnim" wyścigu wielką rolę odgrywała maleńka, neutralna Belgia, która w Europie nie chciała na nikogo napadać.
Do obrony małego terytorium stosowali Belgowie najnowsze wynalazki. Wiele innowacji pochodziło z marynarki wojennej. Na dachach fortów wyrosły kopuły wież Colesa. Okręt, który je nosił, był nieudany, ale na lądzie te monstra sprawdziły się znakomicie. Były to konstrukcje mieszane - drewniano-stalowe. Przemysł hutniczy nie nadążał jeszcze za wyobraźnią konstruktorów. Stalownie nie były w stanie odlać odpornych na trafienia kopuł. Toteż szkielet obrotowej wieży wykonywano z twardego drewna, które obijano grubą pancerną blachą. Niebawem okazało się, że wieże Colesa są za słabe. Rósł kaliber dział - 280 mm, 290 mm, 305 mm, 420 mm. Pociski wielkością dorównywały samym wieżom. Ich ciężar sięgał setek kilogramów. Wymyślono tak zwaną wieżę Grussona. Była podobna konstrukcyjnie do poprzedniej, tylko w całości zrobiona ze stali.

Belgijskie cuda w Galicji

Wynalazkami najbardziej rozwiniętych technicznie krajów w Europie zainteresowali się Austriacy. W Krakowie, na samej granicy z Rosją, forty otrzymywały najnowocześniejszy sprzęt, jaki tylko zdołał zakupić fundusz wojskowy państwa. Wieża Grussona była zamontowana na forcie "Skała". Wedle prof. Janusza Bogdanowskigo, jednego z największych historyków wojskowośc, jest to jeden z najciekawszych obiektów na terenie twierdzy. Kiedy go zbudowano, był cudem techniki, który dziś można porównać do nafaszerowanego komputerami czołgu "Abrams". Wieża Grussona stanowiła jego główny środek walki. Była wyposażona w dwie haubice 120-milimetrowe. Niestet, ten ważny element historii materialnej został bezmyślnie zniszczony podczas akcji dewastacyjnej na terenie fortu "Skała". W wyniku tych działań powstało obserwatorium astronomiczne.
Pod koniec wieku XIX wieże z płyt łączonych nitami były znów zbyt słabe, by oprzeć się artylerii. Forty coraz bardziej zmniejszano. W tym dążeniu odnaleźć można wyraźne ślady koncepcji "Monitora". Jego konstruktor pragnął, by okręt był mały i trudny do trafienia. Podobnie i forty, zaczęły być lądowymi wersjami okręciku unionistów. Miały małe korpusy, obrotowe wieże, były idealnie wkomponowane w krajobraz, niby "Monitor", którego niskie burty sprawiały, że z wody wystawały tylko dwie nadbudówki. Przykładem takiego fortu jest budowla w Skotnikach nosząca skomplikowane oznaczenie 52 1/2 S. Powstała pod koniec ubiegłego wieku. Znano już wtedy dalekonośne działa, szybkostrzelne armaty z oporopowrotnikami i karabiny maszynowe. Fort wyposażono w pancerne, odlewane ze staliwa kopuły, wyprodukowane w zakładach Emila Skody w roku 1892. Stal osłaniała szybkostrzelne armaty. Pomiędzy nimi postawiono mniejszą wieżyczkę obserwacyjną, z której w razie czego można było otworzyć ogień z broni maszynowej. Fort jest tak dobrze zamaskowany, że tylko znając dokładnie jego pozycję, można określić położenie. Kopuły artyleryjskie przykryto osłonami z blachy. Zabezpieczały przed deszczem zegarmistrzowsko dokładny mechanizm wież i stanowiły rodzaj deformującego kamuflażu. Były pomalowane barwami ochronnymi. Zwiedzanie tego miejsca dziś wywołuje przykrą refleksję, że jesteśmy społeczeństwem wandali. Jeszcze kilka lat temu osłony wież stały na swoim miejscu. Teraz ich nie ma, podobnie jak armat. Pamiętam jak członkowie Towarzystwa Architectura Militaris alarmowali władze miejskie po kradzieży osłon. Wyobrażam sobie, z jaką opieszałością przystąpiono do poszukiwań tego zbędnego z punktu widzenia interesu społecznego żelastwa. To oczywiście wydaje się nam nieważne - w końcu u nas pieniędzy brakuje nawet na konserwację zamku na Wawelu. Fort w Skotnikach jest dziś w stanie katastrofalnym. Szczególnie zagrożone są jego detale. Bez nich będzie już tylko kupą betonu i cegieł, których nie ożywi nawet najciekawszy wykład entuzjastów.


Stronghold ™ All Rights Reserved © 2013