Krakowskie fortyfikacje
Twierdza Kraków
 
 
Menu
   HOME
   FORTY
   CIEKAWE ARTYKUŁY
   HISTORIA FORTÓW
   GALERIA
   MAPA SERWISU
   KONTAKT
   O STRONIE
   LINKI


 

autor: Andrzej Zaręba 19-03-2004 Gazeta Wyborcza

Andrzej Zaręba krytykuje projekt przebudowy fortu św. Benedykta

Fort św. Benedykta na Podgórzu to estetyczny skarb nie tylko Krakowa. Podobne obiekty są dziś wielką rzadkością. Niestety, za sprawą kilku wątpliwej jakości inicjatyw, cały ten historyczno-kulturowy mikrokosmos może niebawem bezpowrotnie zniknąć. Działania takie są zresztą w Polsce regułą.


Kiedy polski architekt wojskowy w służbie austro-węgierskiej Franciszek Księżarski kreślił plany fortu św. Benedykta na Podgórzu, świat stawał właśnie na krawędzi ogromnych zmian cywilizacyjnych, przechodząc w epokę industrialną. Główną siłą pociągową był jeszcze koń, a podróż do Australii trwała dwa lata, ale koleje żelazne ciągnęły już uparcie nitki torów w najodleglejsze miejsca, a parowce zaczynały wypierać żaglowe statki. W zawrotnym tempie postępował też rozwój hutnictwa i chemii, napędowych motorów postępu w dziedzinie artylerii. Nic zatem dziwnego, że budowla na wzgórzu zestarzała się dosłownie w ciągu jednej chwili - w dniu wybuchu wojny prusko-francuskiej. Pozostała jednak obiektem architektonicznie doskonałym.

Jak z Durera

Jak cała architektura wojskowa, której celowość, ergonomię i prostotę zaczęto cenić dopiero współcześnie, bryła jest wspaniale skomponowana, ma świetne proporcje wynikające z jej funkcji (okiennice były otworami strzelniczymi armat i karabinów). Artyleryjska baszta o regularnym narysie nawiązuje wprost do dokonań Durera, który był - o czym często się zapomina - genialnym inżynierem wojskowym. Cytaty ze średniowiecza są dosłowne - wystarczy spojrzeć na portal drzwi wejściowych czy stylizowane na gotyckie machikuły. Kryje nadto wiele zapomnianych rozwiązań technicznych, o których można przeczytać tylko w specjalistycznej literaturze - zwodzony most, fosa, pułapki ogniowe wejścia głównego, oraz tak zwany loch Carnota, służący do bliskiej obrony za pomocą moździerzy. Wszystko w jednym miejscu! Podobne obiekty są można spotkać w niewielu miejscach, jak Linz i Werona, także dawnych habsburskich posiadłościach.

Te smaczne szczegóły wraz ze wspaniałym krajobrazem wokół fortu tworzą unikatowy romantyczny klimat. Niestety, za sprawą kilku wątpliwej jakości inicjatyw, cały ten historyczno-kulturowy mikrokosmos może niebawem bezpowrotnie zniknąć. Zamiast niego powstanie szklana pułapka.

Jak to robią inni

Skandalicznym mitem, który rozpowszechniają deweloperzy wśród opinii publicznej, jest rzekoma konieczność radykalnej zmiany funkcji starych budowli obronnych na potrzeby bieżące. Ciekawe zatem, że w wielu miejscach w Europie zabytki architektury wojskowej są traktowane jak dzieła sztuki, a ich integralność podlega ochronie.

Zazwyczaj zabytkowe obiekty wojskowe na zachodzie są pozostawiane w spokoju i to wcale nie dlatego, że urzędnicy unijni nocami kleją modele czołgów i samolotów. Raczej dlatego, że ci, którzy to robią, są zazwyczaj ludźmi zamożnymi i stanowią pokaźną liczebnie rzeszę turystów. Bez nich wiele regionów Europy popadłoby dawno w zapomnienie.

Ogromna kubatura belgijskiego fortu Eben-Emael, usytuowanego na wzgórzu górującym ponad doliną Mozy, nie została przekazana do "twórczej adaptacji". Fort, będący ważną pamiątką historyczną, znajduje się pod opieką wojska i grup miłośników fortyfikacji. Raz w miesiącu obiekt jest udostępniany turystom indywidualnym i grupom wycieczkowym. Lokalna społeczność znakomicie potrafi wykorzystać tę jedyną w okolicy atrakcję. Przy okazji na rzecz rozwoju turystyki w gminie pracują, choć nieświadomie i na dodatek za darmo, wszyscy autorzy książek o współczesnej historii militarnej.

We francuskiej Alzacji fortyfikacje Neuf-Brissach są wraz z garnizonowym miastem wewnątrz murów traktowane jako integralny obiekt zabytkowy. Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, aby w poternach bastionów zakładać obudowane szkłem stragany. Miasto Neuf-Brissach zastygło ongiś w monumentalnej pozie bastionowej warowni Vaubana. Niektórzy mieszkańcy zapewne klną, na czym świat stoi, że przyszło im żyć w tych wytyczonych od linijki koszarach. Lecz nietrudno sobie wyobrazić, czym byłoby to miejsce, gdyby najsłynniejszy francuski architekt wojskowy nie położył się cieniem na okolicy. Po prostu nikt nie wiedziałby o istnieniu tego miejsca.

W Polsce - po polsku

My, Polacy, podążamy do cywilizacji zachodniej własną, słuszniejszą drogą. Zabytki techniki w Polsce, a w Krakowie w szczególności, to - w zależności od dyskutanta - "zbędny balast", "źródło surowców wtórnych" (niewesoły los kopuł pancernych firmy Skoda na forcie Skotniki), ewentualnie obiekty do realizacji radosnej twórczości architektonicznej. Obrazuje to świetnie stosunek większości naszych elit decyzyjnych do zabytków cywilizacji. Nie jest bowiem odkryciem, że polski establishment na ogół uważa, że kultura to właściwie tylko olejne obrazy Matejki w muzeum oraz ołtarz mariacki. Już drewniany kościółek wiejski traktowany jest jako zło konieczne (wystarczy spojrzeć na smutne dzieje nieszczęsnego obiektu na Woli Justowskiej), nie mówiąc o starej maszyna czy wiekowym obiekcie użyteczności publicznej - to rzeczy całkowicie bezwartościowe.

Z tego właśnie powodu można nimi zarządzać jak postindustrialną masą upadłościową albo łąką pozbawioną właściciela. I o ile dzięki godnemu pochwały uporowi ekologów wrogi stosunek społeczeństwa do tak zwanych nieużytków, w tym także do nieuregulowanych odcinków rzek, stepów, czy bagnisk, będących nierzadko bezcennymi ekosystemami, zmienia się, o tyle lekceważenie zabytków techniki pozostaje wizytówką polskiej kultury.

Przez taką mentalność dopuszczalna jest faktyczna destrukcja w majestacie prawa jednej z najpiękniejszych budowli fortecznych w mieście. W szerszej perspektywie jednak ta mieszanina hucpy z obojętnością jest zjawiskiem zrozumiałym.

Niewykorzystane bogactwa

Mało kto pamięta, że jedynym krakowskim muzeum o randze światowej jest, lekceważone powszechnie przez decyzyjne gremia, Muzeum Lotnictwa Polskiego. Zazwyczaj jest traktowane jako gabinet osobliwości dla szkół podstawowych. Tymczasem muzeum to jest prawdziwą perłą kolekcji dawnej techniki, na dodatek o wartości bezdyskusyjnej w skali europejskiej.

Kraków ma zaledwie jeden obraz sztalugowy o światowej randze, nie sposób więc, wymachując do znudzenia folderem "Damy z łasiczką", przekonać turystów do wizyty w Krakowie zamiast w Wenecji czy Londynie. Ta sztuka może się jednak całkiem zgrabnie udać w przypadku, wspomniaj już wyżej, bardzo licznej na zachodzie rzeszy entuzjastów dawnej techniki. Przykładu dostarcza prywatna inicjatywa Zbigniewa Niemczyckiego. Ten ekscentryczny, niezwykły jak na polskie warunki milioner organizuje co roku w Góraszce koło Warszawy pokazy lotnicze, które gromadzą tłumy widzów. Która krakowska impreza przyciąga przeszło 50 tysięcy turystów w ciągu jednego dnia?

Tymczasem Kraków, gdzie przypadkiem w latach 60. ubiegłego stulecia znalazło się kilkadziesiąt zabytkowych samolotów, tworzących zwartą kolekcję o unikatowej wartości historycznej, całkowicie lekceważy drzemiące w niej możliwości promocyjne. Krakowska kolekcja, znana w kręgach specjalistów lotniczych w Europie i USA, uważana jest za jedną z najcenniejszych w świecie. Niestety, ma jednocześnie opinię niedostępnej i mało przyjaznej. Pewnie jest w tym dużo racji. W Krakowie nie odbywa się bowiem żadna impreza lotnicza, która mogłaby zwabić turystów głodnych wrażeń.

Grzechy zaniechania

Brak zainteresowania i lekceważenie są regułą. W ten sposób tracimy wielką szansę na rozwój turystyki kwalifikowanej, a przy okazji możliwości gromadzenia środków finansowych na utrzymywanie obiektów. Reszta odbywa się według rozpowszechnionego w Polsce schematu samospełniającej się, złej przepowiedni.

Wielkie muzeum kolejnictwa w Chabówce jest już martwe. Kilka lat temu zarząd PKP zlikwidował ostatnie przejazdy zabytkowymi pociągami jako nieopłacalne. Ponieważ władze regionalne nie uważały starych parowozów za ciekawe (w czym różnili się diametralnie np. od Niemców i Brytyjczyków), nie zareagowały na groźbę zamknięcia zabytkowych linii z należytą troską. W konsekwencji PKP obcięły koszty obsługi (co jest całkiem zrozumiałe), a region stracił kolejną atrakcję - ze szkodą dla wszystkich.

Nie chodzi o to, żeby zakazać adaptacji dawnych obiektów militarnych. Raczej o to, żeby owe adaptacje nie zmieniały nieodwracalnie ich pierwotnego wyglądu. Metody agresywnych nadstawek i szklanych kopuł były modne w latach 50. ubiegłego stulecia, kiedy dopuszczono taki typ adaptacji w wieżach w austriackim Linzu. Dziś nowoczesność w architekturze oznacza współistnienie ze środowiskiem i krajobrazem, ochronę raczej niż brutalne rewolucje. Projekt proponowany dla fortu św. Benedykta po prostu idzie za daleko. W dodatku w poprzek wcześniejszym ustaleniom radnych krakowskich o założeniu szlaku historycznego twierdzy Kraków. Nie mam złudzeń, że inwestycję trudno będzie teraz zatrzymać, szczególnie że inwestorzy stosują metodę szantażu - jeśli nie zrealizujecie naszego projektu, to fort ulegnie destrukcji. Pragnę jednak poddać pod rozwagę, że kiedy za kilka lat moda na poliwęglany i tytanowe żerdzie przeminie, okaże się, że na własne życzenie pozbyliśmy się kolejnego pięknego miejsca w naszym krajobrazie.


Stronghold ™ All Rights Reserved © 2013