Krakowskie fortyfikacje
Twierdza Kraków
 
 
Menu
   HOME
   FORTY
   CIEKAWE ARTYKUŁY
   HISTORIA FORTÓW
   GALERIA
   MAPA SERWISU
   KONTAKT
   O STRONIE
   LINKI


 

autor: Mieczysław Czuma - Dziennik Polski 24 grudnia 2005 r.

Johann Wolfgang Goethe
Rynek Główny 36


5 września 1790 r w zajeżdzie prowadzonym przez niejaką Mariannę Lebonową w kamienicy Pod Jeleniem (dziś Rynek Główny 36) zameldował się na parodniowy pobyt Johann Wolfgang Goethe.


Poeta towarzyszył w podróży grafowi de Roden, pruskiemu inspektorowi Śląska, oraz księciu de Sachsen - Weimar, generałowi wojsk pruskich. Przybysze zwiedzili kopalnię soli w Wieliczce, której podziemia wprawiły ich w najwyższy zachwyt. Johanna Wolfganga uradował też podarowany mu w Tenczynku okazały chalcedon, który stał się ozdobą jego zbiorów mineralogicznych. Wielu badaczy wyraża opinie, że w Krakowie właśnie znalazł Goethe pierwowzór Fausta, bohatera swojego arcydramatu. Przemawia za tym także i fakt, że zaraz po opuszczeniu miasta przystąpił poeta do tworzenia owego wiekopomnego dzieła. Wybitny humanista, Filip Melanchton, pisał: Znałem pewnego człowieka o imieniu Faust z Kundling, miasteczka leżącego niedaleko mych stron rodzinnych. Podczas studiów w Krakowie wyuczył się on magii, gdzie sztuka ta już była przedtem wytrwale uprawiana i gdzie prowadzono o niej publiczne wykłady.

W wydanej we Frankfurcie w roku 1587 pierwszej biografii Fausta czytamy: Faust udał się do Krakowa, do uniwersytetu sławnego podówczas z czarnoksięstwa i tam znalazł sobie podobnych, którzy zajmowali się chaldejskimi, perskimi, arabskimi i greckimi słowami, figurami, znakami, przysięgami, zaklęciami i tym podobnymi czarodziejstwami. Wszystkie drogi prowadzą nad Wisłę. Czyż nie były to więc wskazania, których śladem podążył Goethe? Kraków w pierwszych latach szesnastego stulecia był rzeczywiście siedliskiem europejskiej astrologii i alchemii. Faust miał tu słuchać wykładów w latach 1501 - 1504, według innych w 1509 - 1513. Tablicę upamiętniającą pobyt poety w Krakowie umieszczono na budynku przy Rynku Głównym 36 w roku 1912.

Podróże do Polski związane były z romansem pisarza z zamieszkującą w Wierzchowni, na Ukrainie, najpierw narzeczoną, a potem żoną Eweliną z hrabiów Rzewuskich, Wacławową Hańską. Nękane zaborczymi ograniczeniami i przeżywające niemałe trudności gospodarcze miasto nie zrobiło na przybyszu z Paryża dobrego wrażenia. Nazwał je nawet trupem stolicy. W niekłamany zachwyt natomiast wprawiła go katedra na Wawelu.

Zapisał: ... kościół krakowski wart jest, aby jechać do Krakowa; pełen jest kaplic z grobowcami, gdzie nagromadzone bogactwa nie mają nic równego, chyba w Rzymie lub niektórych kościołach belgijskich.

Widzi się srebrne rzeżbione trumny, na których bokach wyobrażono bitwy liczące po osiemset figur, ludzi i koni.
(...) Pełno tam zresztą srebrnych posągów, ołtarzy z rzeżbionego srebra, świętych naczyń. Batorowie, Korybutowie, Jagielloni i inne konstelacje polskie są tam.

Pobyt Balzaka mylnie utożsamia się z dzisiejszym hotelem ''Pod Różą'' przy ulicy Floriańskiej 14. W czasie, kiedy twórca ''Komedii ludzkiej'' zwiedzał Wawel, ten gościniec nosił nazwę ''Hotel de Russie'' (Rosyjski). Miało to upamiętniać niecodzienną wizytę, jaką w roku 1805 złożyli tu car Aleksander I i jego brat wielki książę Konstanty. Po upadku powstania styczniowego, w roku 1864, aby dać wyraz uczuciom patriotycznym, usunięto z szyldu zaborcę i wstawiono w to miejsce napis ''Pod Białą Różą''. Natomiast tłukący się dyliżansami z Paryża do Wierzchowni kochanek rzeczywiście zatrzymywał się w zajeżdzie ''Pod Białą Różą'', tyle że mieszczącym się przy ulicy Stradom, w kamienicy oznaczonej dzisiaj numerem 13.

Tutaj też po raz ostatni spędził noc z 4 na 5 maja 1850 roku wraz z Eweliną, wtedy już małżonką. Zapożyczona nazwa trafiła na Floriańską dlatego, że wcześniej, bo w roku 1853 z oberży stradomskiej tu właśnie przeniesiono tamtejszą restaurację. Z czasem hotel na Stradomiu zniknął z mapy miasta, a ten położony w sąsiedztwie Rynku zgubił słowo ''Biała''. Została więc pozbawiona koloru sama ''Róża'', za to z mylnie doklejoną legendą Balzaka. Utrwala to przekłamanie wmurowana w 1967 roku pamiątkowa tablica.

Wcześniej, wraz z rodzicami, przebywał na zesłaniu w głębi Rosji, gdzie stracił matkę. Ojciec z synem zamieszkali przy ulicy Poselskiej 6. Budynek ten został potem rozebrany, a na jego miejscu postawiono nowy, oznaczony numerem 12. Na frontonie widnieje tam teraz pamiątkowa tablica: W domu, który stał na tym miejscu, mieszkał za lat młodzieńczych około r. 1860 (to błąd, winno być 1869) Józef Konrad Korzeniowski, Joseph Conrad, syn poety tułacza. Wniósł ducha polskiego w piśmiennictwo angielskie, którego stał się ozdobą. I zaraz pod tym polskim tekstem znalazły się zapisane po angielsku słowa samego pisarza: W tym starym królewskim i akademickim grodzie wyrosłem z dziecka na młodzieńca, tu poznałem przyjażń, tu dojrzewały moje myśli, tu przeżywałem zachwyty i bunty właściwe dla mojego wieku. Młodzieniec spędził w Krakowie tylko pięć lat, ale za to jakże niezwykle ważnych dla kształtującej się właśnie osobowości przyszłego pisarza.

W kilka miesięcy po zameldowaniu się na Poselskiej zmarł Apollo Korzeniowski, pogrzeb tego zesłańca i poety przerodził się w wielką patriotyczną manifestację. Sierotą zaopiekowała się rodzina. Józef Konrad uczęszczał do Gimnazjum św. Anny (dziś Liceum B. Nowodworskiego), pobierał lekcje od prywatnych korepetytorów, wakacje spędzał w Krynicy, wyjeżdżał też do Szwajcarii i Włoch (wtedy po raz pierwszy w życiu z weneckiego Lido zobaczył morze).

W roku 1872 Rada Miasta, dla uczczenia pamięci ojca, nadała przyszłemu autorowi ''Smugi cienia'' prawa obywatelskie Krakowa i zwolniła go od wszelkich opłat na rzecz gminy. 13 pażdziernika 1874 niespełna siedemnastoletni Konrad wyjechał z Krakowa do Marsylii. Tam związał się już na zawsze z ukochanym morzem. Został marynarzem, potem oficerem, przez długie lata służył we flocie angielskiej. Polskę odwiedził jeszcze w roku 1890 i 1893.

Do Krakowa przybył na dłużej z żoną Jessie oraz z synami Borysem i Johnem 28 lipca 1914 roku. Zatrzymał się w Grand Hotelu przy ulicy Sławkowskiej. Pokazywał rodzinie Wawel, odwiedził Bibliotekę Jagiellońską, zachodził na grób ojca na cmentarzu Rakowickim. Przekonany, że rozpętana właśnie wojna nie potrwa długo, w oczekiwaniu końca zawieruchy, przeniósł się z bliskimi do Zakopanego. Ale świat płonął coraz bardziej. 9 pażdziernika wsiadł do pociągu zdążającego do Wiednia, stamtąd wyjechał do Anglii.

Przyszłego autora poczytnego dzieła wsadzono tam za włóczęgostwo, a ściślej za próbę nielegalnego przekroczenia pobliskiej rosyjskiej granicy. Pytany o powody podejmowania próby opuszczenia terytorium Austro - Węgier młody bankowiec zeznał (po uwolnieniu się od emocji związanych ze spożyciem nadmiernych ilości alkoholu), że celem jego wędrówki na północ była jedynie chęć pogłębienia wiedzy na temat tamtejszych starożytnych kurhanów, czyli celtycko - słowiańskich kopców. Trzymiesięczny pobyt Haszka w krakowskim kryminale zaowocował opowiadaniami "Spacer przez granicę", "Wśród włóczęgów". I nie tylko. Pielęgnowana przez autora pamięć o tym mieście trafiła na stronice stworzonego przez niego światowego bestsellera. Kiedy po latach pisarz przystąpił do pracy nad swą arcypowieścią, przypomniał sobie o dawnym krakowskim epizodzie.

Praski handlarz psami, Józef Szwejk, jednoznacznie uzasadnia, z jakiego to powodu osobiście postanawia wyciągnąć monarchię z bryndzy: - Walczyć będę (...). Z Austrią klapa. U góry włażą nam już do Krakowa...

Oto dlaczego wyruszył na front najsławniejszy z żołnierzy pierwszej ze światowych wojen, ordynans 11 kompanii marszowej 91 pułku piechoty z Czeskich Budziejowic... Niewykluczone, że jednym z pierwowzorów dobrego wojaka Szwejka mógł być któryś z więziennych współtowarzyszy autora. Nie brakowało bowiem Pod Telegrafem najrozmaitszej maści włóczęgów i dziwaków, był też między nimi niejaki Władysław Durdzielski, hodowca i handlarz ptaszkami oraz małymi zwierzątkami.

U zbiegu ulic Kanoniczej i Podzamcze, w dawnym pałacu Górków, gdzie na przełomie XIX i XX stulecia mieścił się areszt Pod Telegrafem (z tego miejsca w roku 1850 połączono telegraficznie Kraków z Wiedniem) na ścianie od ulicy Podzamcze umieszczono w roku 2004 tablicę upamiętniającą pobyt czeskiego pisarza.

Był piewcą śmierci i przemijania. W swoich lirykach odznaczających się bogactwem obrazowania i wyszukaną melodyjnością wiersza, dawał przejmujący wyraz przekonaniu o nieuchronnym kresie własnej epoki. Okrucieństwo rozpętanej na początku XX wieku wojny zniszczyło tę wrażliwą osobowość. Zmobilizowany w sierpniu 1914 r. absolwent wiedeńskiej farmakologii i praktykujący aptekarz, porucznik Georg Trakl, dotarł z kolumną sanitarną do Galicji.

W tym czasie armia austro-węgierska wkroczyła na teren Lubelskiego i pod Kraśnikiem oraz Komarowem zadała druzgocące ciosy siłom rosyjskim. W Wiedniu wywołało to euforię, uwierzono w niezwyciężoną siłę własnych wojsk, wróżono bliski koniec wojny. Tak się jednak nie stało, zaraz potem fortuna uśmiechnęła się w drugą stronę. Rosjanie przełamali front pod Złoczowem, zajęli Lwów i nieubłaganie parli na zachód. Trakl znalazł się w samym jądrze tej burzy. Krwawe zmagania pod Gródkiem Jagiellońskim załamały kruchą psychikę, przerażony tym, co działo się wokół, targnął się na własne życie. Niedoszłego samobójcę tym razem udało się jednak uratować.

Odesłano go zaraz na dalekie tyły, do Krakowa, gdzie trafił do garnizonowego szpitala wojskowego. Sądził, że obejmie tam funkcję kierownika szpitalnej apteki, ale rzeczywistość okazała się znacznie mniej pociągająca. Został pacjentem oddziału psychiatrycznego. Świadomość położenia, w jakim się znalazł, pogłębiła i tak już niemałą depresję. 3 pażdziernika zażył sporą dawkę kokainy.

Tym razem udało się. Pochowano go na cmentarzu Rakowickim, a w roku 1925 szczątki ekshumowano i przeniesiono do rodzinnego Mühlau, w Tyrolu. W roku 1985 na murze 5. Wojskowego Szpitala Klinicznego przy ulicy Wrocławskiej 1 - 3 odsłonięto pamiątkową tablicę.

Miało to miejsce zimą 1914 - 1915 r. Przez tę część Europy przebiegały wtedy linie frontów, pisarz zjawił się tu w charakterze korespondenta wojennego budapesztańskich gazet. Nie bez powodu świat interesował się w tym czasie wszystkim, co działo się nad górną Wisłą. To właśnie wtedy Kraków miał swoje przysłowiowe pięć minut w tej wielkiej wojnie. Po przełamaniu austro - węgierskich pozycji pod Złoczowem rosyjski walec, miażdżąc wszelkie zapory, nieubłaganie toczył się na zachód.

Całą nadzieję na powstrzymanie zwycięskiego pochodu przeciwnika usiłującego za każdą cenę przedrzeć się do serca monarchii pokładano już tylko we wzniesionej u zbiegu austriackiej, pruskiej i rosyjskiej granicy Festung Krakau. Twierdza Kraków była największym zespołem obronnym w całym cesarstwie, budowano ją według najnowocześniejszych na owe czasy założeń sztuki wojennej nieprzerwanie od roku 1848 aż do wybuchu wojny. Kiedy 6 grudnia 1914 r. szpice 3. armii rosyjskiej stanęły na wzgórzu Kaim, położonym pomiędzy Wieliczką a Bieżanowem, forty Rajsko, Kosocice i Borek położyły na przeciwniku morderczą lawinę ognia. Do kanonady dołączyły również baterie możdzierzy spod kopca Kościuszki. Droga na zachód została zamknięta. Wkrótce potem odrzucono przybyszów daleko na wschód. Armie carskie w ciągu kilku tygodni straciły pół miliona żołnierzy i całą Galicję. O Krakowie usłyszał wtedy cały świat.

A Ferenc Molnar opisywał gwarne tutejsze ulice, pełne wojska i warkotu automobili. Był to dla niego widok zupełnie niezwykły po oglądanym niedawno opustoszałym Wiedniu i Budapeszcie. Na tle Krakowa obydwie naddunajskie stolice jakby pozbawione zostały życia, z ich ulic zniknęły będące wyrazem postępu i nowoczesności prychające dymem samochody. Uwagę korespondenta zwrócił też nad Wisłą znaczny ubytek ludności cywilnej.

Pisał: W eleganckiej sali Hotelu de Saxe nie widać ani jednej kobiety, ani też mężczyzny w ubraniu cywilnym. Wypełniona jest automobilistami, lotnikami, niemieckimi i austrowęgierskimi oficerami sztabowymi. Nic dziwnego, na polecenie władz znaczną część mieszkańców ewakuowano do Czech, a ci, którzy pozostali, mieli obowiązek zaopatrzyć się w żywność na trzy miesiące. Pisarz mieszkał przez cały czas w Hotelu Saskim, wtedy najbardziej popularnym gościńcu w mieście w zespole zabudowań usytuowanych przy ulicach Sławkowskiej, św. Jana i św. Tomasza. Wcześniej gościli tu m. in. Franciszek Liszt i Johann Brahms. Jeszcze wcześniej był w tym miejscu sławny zajazd Pod Królem Węgierskim. Dziś fronton Hotelu Saskiego znajduje się przy ul. Sławkowskiej 3.

Z kilkudniową wizytą przybył tu mianowicie 25 stycznia 1942 r. Sławnego już wtedy twórcę - buszującego po tej części Europy w charakterze korespondenta wojennego - przyjął i gościł na Wawelu sam Hans Frank. Malaparte rozpoczynał jako sympatyk faszyzmu, choć od początku otwarcie występował przeciwko Mussoliniemu. W odwecie za taką postawę duce posłał go tam, gdzie kierowano wszystkich, którzy nie dość entuzjastycznie odnosili się do jego gier politycznych. Pisarz skazany został na kilkuletni pobyt w miejscu odosobnienia, jakim były Wyspy Liparyjskie, mały wulkaniczny archipelag położony w południowej części Morza Tyrreńskiego, niedaleko brzegów Kalabrii i Sycylii. Uwolniony z więzienia był w czasie wojny korespondentem na frontach wschodnich, ukraińskim i fińskim. Na własne oczy zobaczył wtedy żniwo zgotowane światu przez faszyzm. Wkrótce zresztą odwołano go z pól bitewnych, bo uznano, że jego artykuły nie są przychylne wobec Niemców. Ale zanim to się stało, zdążył jeszcze odwiedzić Kraków.

Najsłynniejszą jego książką, przetłumaczoną na ponad sto języków, są właśnie jego reportaże wydane w roku 1944 w tomie zatytułowanym ''Kaputt''. Sam autor pisał o tej pozycji: ''Kaputt'' jest książką okrutną. Jej okrucieństwo to najdziwniejsze ze wszystkich doświadczeń, jakie przyniósł mi widok Europy w latach wojny. Drukowane w pierwszych numerach ''Przekroju'' reportaże Malapartego były prawdziwą sensacją czytelniczą.

Oto urywki tej prozy: Cały potężny masyw Wawelu, który przed dwudziestu laty oglądałem w jego królewskiej, majestatycznej nagości, teraz przeładowany był od podziemi aż po szczyt najwyższej wieży meblami zrabowanymi w pałacach polskich panów bądż też stanowiącymi owoc kradzieży naukowo dokonywanych we Francji, Belgii i Holandii przez komisje antykwariuszy i ekspertów z Monachium, Berlina i Wiednia, ciągnące poprzez Europę w ślad za niemiecką armią.

(...) Na koniec weszliśmy do rozległej sali zbytkownie urządzonej meblami w stylu ''Drittes Reich'' udekorowanej francuskimi dywanami i wytłaczaną skórą. Był to gabinet Franka. Przestrzeń między dwojgiem oszklonych drzwi wychodzących na zewnętrzną loggię Wawelu (loggia wewnętrzna biegnie dookoła przepięknego renesansowego dziedzińca, dzieła włoskich architektów) wypełniał olbrzymi stół mahoniowy, w którego lśniącej powierzchni odbijały się płomyki świec dwóch ciężkich kandelabrów z pozłacanego brązu. Ogromny ten stół był całkowicie pusty i nagi.
- Tutaj rozmyślam nad przyszłością Polski - powiedział mi Frank rozkładając szeroko ramiona. Uśmiechnąłem się, myśląc o przyszłości Niemiec. Na znak Franka otwarto dwoje wysokich oszklonych drzwi i weszliśmy do loggi.
- Oto niemiecki Burg - powiedział Frank, wskazując szerokim ruchem ramienia potężną sylwetkę Wawelu odcinającą się ostro na oślepiająco białym tle śniegu. Dookoła starożytnego zamku królów Polski leżało uśpione miasto, spowite w całun śniegowy pod niebem rozjaśnionym wąskim sierpem księżyca. Niebieskawa mgiełka unosiła się nad Wisłą. Daleko, na widnokręgu rysował się delikatną, przejrzystą linią łańcuch Tatr. Psy SS - manów, pełniących straż przy krypcie Piłsudskiego, przerywały raz po raz ciszę nocną głośnym ujadaniem. Mróz był tak silny, że aż oczy łzawiły.

***

W roku 1956 pewnego wieczoru pojawił się na kawie w Jamie Michalika kolumbijski pisarz Gabriel Garcia Marquez, póżniejszy noblista, autor niezapomnianych ''Stu lat samotności''. Po październikowej odwilży niewielka salka klubowa Związku Literatów Polskich przy ulicy Krupniczej z trudem pomieściła wszystkich przybyłych na spotkanie z Friedrichem Dürrenmattem, szwajcarskim dramaturgiem, którego sztuki - ''Wizyta starszej pani'', ''Fizycy'', ''Romulus Wielki'' - gościły na scenach całego świata.

Na listę odwiedzających okolice Wawelu tuzów literatury powszechnej należałoby wpisać wiele jeszcze innych nazwisk. A warto przypomnieć także i o tym, że swoich literackich bohaterów odsyłają w swych utworach do Krakowa m. in. tacy pisarze jak: Herman Wouk (''Wichry wojny''), Henry Miller (''Zwrotnik Raka''), Ilja Erenburg (''Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca''), Joseph Stein - librecista najsławniejszego ze światowych musicali, jakim jest ''Skrzypek na dachu''. I nie tylko oni.

Dlatego w przerwach podczas oglądania telewizji warto czasem sięgnąć po jakąś książkę.


Stronghold ™ All Rights Reserved © 2013